Konkurs Ortograficzny „O Pióro Burmistrza” jest w Skokach bardzo ważnym wydarzeniem. Tradycyjnie już wpisany do kalendarza działań kulturalno-oświatowych, dodaje skockiemu kalendarium prestiżu i wyjątkowości.

Krótko z historii

Tradycję pisania skockiego dyktanda stworzyła Iwona Migasiewicz. Nauczycielka języka polskiego i miłośniczka dbałości o kulturę języka ogłosiła pierwsze zmagania ortograficzne jedenaście lat temu i była autorką większości dyktand. Z pomocą organizacyjną pospieszyli nauczyciele oraz pracownicy skockiego gimnazjum i biblioteki publicznej. Patronat nad konkursem objął Tadeusz Kłos, Burmistrz Miasta i Gminy Skoki. Pomocą finansową służyli sponsorzy. Począwszy od 2005 mistrzami ortografii zostały i piórem burmistrza pisać mogły następujące osoby:

W kategorii szkół podstawowych: Wojciech Wasylewicz, Zuzanna Dorawa, Klaudia Skarupa, Natalia Witkowska, Danuta Śmigielska, Patrycja Dudzińska, Weronika Sydow, Jonasz Żak, Weronika Rojtek, Paulina Kubiak.

W grupie gimnazjów: od 2006 Klaudia Chlebda, Marta Kantorska, Sebastian Seyda, Marta Szmyra, Natalia Witkowska, Martyna Adamska, Dominik Dereżyński, Dominik Dereżyński, Magdalena Lisewska.

Wśród dorosłych: Anna Kaczmarek, Alina Wachowiak, Alina Wachowiak, Anna Kaczmarek, Małgorzata Stefańska, Bożena Nieradka, Małgorzata Stefańska, Stefania Golińska –Wagrowska, brak uczestników, Monika Sommerfeld.

Konkurs dzisiaj

Autorem tekstu dyktanda o trzech różnych stopniach trudności jest Jarosław Liberekadiunkt dr habilitowany Instytutu Filologii Polskiej w Poznaniu, a zarazem przewodniczący poznańskiego Oddziału Towarzystwa Miłośników Języka Polskiego. Po raz jedenasty dyktanda pisano 23 maja 2015. W konkursie udział wzięło 32 uczestników. Komisja konkursowa w składzie: Elżbieta Berendt, Iwona Migasiewicz, Jarosław Liberek, Elżbieta Słoma i Agnieszka Wasylewicz wyłoniła zwycięzców. Są to: ADRIANNA URBANIAK – osoba dorosła, KRZYSZTOF POL z gimnazjum i PAULINA KAWCZYŃSKA ze szkoły podstawowej. Pióra i dyplomy wręczył Burmistrz Miasta i Gminy Skoki, gratulując wszystkim uczestnikom udziału w tym wyjątkowym wydarzeniu.

Atrakcje towarzyszące konkursowi

Niewątpliwie miłym akcentem, promującym czytelnictwo i wypełniającym czas podczas oczekiwania na wyniki było spotkanie z Barbarą Ciwoniuk, pisarką, autorką licznych książek dla młodzieży i dzieci (http://barbaraciwoniuk.pl/).

Odpowiedzialni za przygotowanie konkursu

Organizacją konkursu zajęła się Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy w Skokach oraz skockie koło Towarzystwa Miłośników Języka Polskiego. Dziękujemy za udział małym i dużym pasjonatom ortografii, gratulujemy i zapraszamy za rok.

Elżbieta Skrzypczak

Serdeczne podziękowania składamy FIRMIE LEMAR z siedzibą w Potrzanowie, Andrzejowi i Arlecie Pilaczyńskim ze Skoków oraz Zakładowi Poligraficznemu Tomasz Kędziora w Murowanej Goślinie za wsparcie finansowe i w ufundowanie nagród w konkursie.

Poniżej teksty dyktand

DYKTANDO
(szkoła podstawowa)

Włodzimierza Grzegorza obudziło niesubtelne rżenie arabów, czyli koni z Półwyspu Arabskiego, hodowanych niedaleko przez wiceprezesa PTTK. Zwilżył spierzchnięte wargi kremem z piżmoszczura, włożył midiszlafrok i poszedł do kuchni. Śniadanie, popijane gorzkawosłodką kawą, przyrządziła mu długonoga kucharka Żaneta. Urodziła się na wyspie położonej między Wielką Rafą Koralową a wybrzeżem Australii. Miała dziwaczne poglądy, lecz Włodzimierzowi to nie przeszkadzało. Był tolerancyjnym, ultrapostępowym pół Polakiem, pół Francuzem. Po posiłku zabrał się do sprzątania pokoju. Przetarł sczerniały, trójnożny stolik i trzy upstrzone gdzieniegdzie przez muchy obrazy. Pierwszy przedstawiał wierzby rosnące na Równinie Kurpiowskiej, drugi kolumnę Zygmunta w Warszawie, a trzeci pomnik Adama Mickiewicza w Poznaniu. Odkurzył też swoje dwa odznaczenia: Order Orła Białego i Krzyż Kawalerski Virtuti Militari. Potem wyszedł przed pół murowany, pół drewniany dom, który kupił za wygraną w Dużym Lotku, by pospacerować. Po półgodzinie wrócił. Już niezadługo Żaneta miała podać coniedzielny, dwudaniowy obiad: zupę ze ślimaków winniczków i pieczoną żuchwę nosorożca w jarzębinowym sosie z jeżynami.

przygotował: dr hab. Jarosław Liberek
mgr Sebastian Surendra
Instytut Filologii Polskiej UAM

DYKTANDO
(gimnazjum)

Chimeryczny hipochondryk Jerzy był inżynierem. Dbał o swój prestiż, więc ubierał się na co dzień we wzorzyste koszule z żorżety. U jednych budziło to niesmak, u innych porażające przerażenie i podejrzenia, że jest niedowarzony umysłowo. Stanowił przykład żądnego sławy chłopka-roztropka, który hipnotycznym spojrzeniem bałamucił zuchwale i niepostrzeżenie kobiety. Jednocześnie był wierny żonie, supermodelce reklamującej na billbordach cheeseburgery i hot dogi. Jej sczepione agrafką trzy minifotki nosił zawsze na sercu. W weekendy jeździł rzężącym rzęchem do college’u dla kamerdynerów. Uczył się w nim parzenia herbaty, chodzenia w prążkowanej liberii, grzecznego otwierania drzwi na oścież i leczenia arystokratycznej chandry. Czasami dorabiał sobie jako trener młodzieżowej drużyny piłkarskiej. Jego chłopcy, dokładnie cała dwudziestkapiątka wybrańców, wierzgali zawzięcie nóżkami i ćwiczyli co niemiara. Jerzy obiecał im w nagrodę wycieczkę do stolicy Anglii i zwiedzanie Mostu Londyńskiego, a ponadto na Gwiazdkę, czyli na święta Bożego Narodzenia wspaniałą eskapadę na Wyspę Bożego Narodzenia. Właśnie dlatego młodzi piłkarze nie handryczyli się z ukochanym Jurasem, lecz wniebogłosy wychwalali trenera wszech czasów. Mieli rację, bo Juras zaiste był cool.

przygotował: dr hab. Jarosław Liberek
mgr Sebastian Surendra
Instytut Filologii Polskiej UAM

DYKTANDO
(dorośli)

Wiecznie nienażarty ryży Herman mieszkał kątem u brachola Strzeżysława, pracującego jako dławiduda, czyli organista w Parafii Rzymskokatolickiej pod wezwaniem [pw.] Chrystusa Najwyższego Kapłana w Poznaniu. Któregoś dnia doszło do chryi, gdyż Strzeżysław, który miał trochę fiksum-dyrdum, popił sobie niezgorzej i wyrzucił brata z domu. Skonfundowany Herman szwendał się tędy owędy w zszarzałym półkożuszku włożonym tył na przód. Chcąc nie chcąc, zamieszkał wśród chaszczy w dolinie Warty, choć wolałby jakieś lokum w Dolinie Pięciu Stawów Polskich lub na kopcu Kościuszki w Krakowie. Nocował pod wczesnowiosennym niebem, podziwiał płowożółte pejzaże i wiódł żywot Biedaczyny z Asyżu. Znużony niewygodami, spieniężył ukradzione od kuzynostwa Andrzejostwa obrazy van Gogha [Vincenta van Gogha]. Następnie przez przesmyk górski uciekł do Czech. Zrobił tam sobie balejaż i operację plastyczną, żeby wyglądać jak baba-chłop, to znaczy [tzn.] babochłop, a następnie jumbo jetem [dżambo dżetem] poleciał za Ocean Atlantycki. Osiedlił się nad Kanałem Panamskim. Założył tam pseudorockandrollowy big-band. Pracował też na pół gwizdka w butiku [boutique’u], wieczorami urządzając cocktail party [koktajl party] dla VIP-ów z amerykańskiego Białego Domu. Patrząc na wody Przesmyku Panamskiego, dumał o bracie organiście. Nie marzył jednak o wielkim comebacku [comebacku] do ojczyzny.

przygotował: dr hab. Jarosław Liberek
mgr Sebastian Surendra
Instytut Filologii Polskiej UAM

Galeria zdjęć z Konkursu: